351 Obserwatorzy
5 Obserwuję
Tala

Ogrody wyobraźni

Ula i Urwisy. Idę do zerówki!

Ula i Urwisy. Idę do zerówki! - Katarzyna Majgier

Jak każda mama, przeżywam fakt, że moja córeczka ma iść do szkoły (co prawda dopiero od września, ale kto mi zabroni martwić się wcześniej :P). Przeżywam i martwię się, jak to wszystko się ułoży, jak mała się zaaklimatyzuje. Jednak jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, aby zastanowić się, jak to odbiera moja córa. Wszystko się zmieniło, kiedy po lekturze książeczki Ula i Urwisy. Idę do zerówki autorstwa Katarzyny Majgier

 

Ula już nie może się doczekać swojego pierwszego dnia w szkole. Przecież wie o niej już tak dużo. Do tych fajnych rzeczy zalicza się boisko szkolne, ogromne mapy wiszące na ścianach no i tablice, po których pisze się prawdziwą kredą. Jednak dla dziewczynki najważniejsze jest, że pozna nowe koleżanki, z którymi będzie mogła grać w klasy. Musi tylko unikać paskudnego gabinetu dyrektora, bo to jak słyszała — nie jest niczym przyjemnym, ale przecież Ula nie ma zamiaru się tam wybierać. Zupełnie więc nie rozumie: czym ciocia Gosia tak się przejmuje.

 

To naprawdę doskonała lektura dla maluchów ich rodziców także, którzy nie do końca są przekonani do zerówki po obecnej reformie edukacji. Nie znajdziecie tu bowiem żadnego czarowania ani mydlenia oczu. Autorka bez żadnych ubarwień pokazuje dzieciom, jaka jest szkoła, ile frajdy może dać poznawanie nowych koleżanek i kolegów, nowych rzeczy i w ogóle jaką świetną zabawą może być nauka. Jednak to nie jedyny aspekt, na jakim skupia się autorka. W sposób zabawny ukazuje, jak różnorodne osobowości potrafią reprezentować dzieci. Większość z nas pewnie jeszcze dobrze pamięta: jaka była jego klasa z tych początków edukacji. Jak często dochodziło do przepychanek między chłopcami, kiedy ścierały się różnorodne charaktery. Jak wkurzająca może być mała mądrala, co to uważa się za lepszą od innych, bo przecież ona wszystko wie lepiej. Jednak i chyba to najważniejsze, Katarzyna Majgier uświadamia maluchom, że nie każdy dorosły jest wszechwiedzący, nawet nauczyciel nie zna przecież odpowiedzi na wszystkie odpowiedzi zadawane przez dzieci (a trzeba przyznać, że niektóre naprawdę bywają nad wyraz kreatywne :P). Całości tego obrazu dopełniają wesołe ilustracje wykonane przez Kasię Kołodziej, które może nie są i kolorowe, ale i tak doskonale oddziałują na wyobraźnię zarówno dziecka, jak i dorosłego.

 

Razem z córą gorąco polecamy każdemu! Na pewno się nie zawiedziecie.

Źródło materiału: http://gardensofimagination.blogspot.com/2014/12/ula-i-urwisy-ide-do-zerowki-katarzyna.html

Początki bywają trudne

Uczeń skrytobójcy - Robin Hobb

Młody Bastard jest synem księcia Rycerskiego, tego nikt nie może mu odmówić, ponieważ pomimo tego, iż jest z nieprawego łoża, to jego podobieństwo do ojca jest uderzające. Do zamku został podrzucony przez własnego dziadka, mając zaledwie sześć lat. Od razu trafił pod opiekę szorstkiego stajennego, który mimo wszystko stara się wypełnić powierzone mu zadanie najlepiej jak umie. To właśnie on odkrywa w chłopaku dar zarówno wspaniały jak i największe przekleństwo. Stara mu się wyperswadować Bastardowi korzystanie z niego…, z jakim skutkiem? Sami się przekonacie.

 

Cała rodzina królewska nie interesuje się chłopcem. Wręcz nim pogardza. Wyjątkiem jest może jego wuj – książę Szczery, jednak on jest zbyt zajęty obowiązkami związanymi z tytułem następcy tronu. Jest także podstępny król Roztropny, on jednak interesuje się chłopakiem z zupełnie innych przesłanek. Wysyła, bowiem swego niechcianego wnuka na naukę do skrytobójcy… Któż wie, co przyjdzie z połączenia mrocznej wiedzy z Mocą i darem, jakim dysponuje Bastard.

 

Robin Hobb to tak naprawdę pseudonim, zresztą tak samo jak Megan Lindholm, którymi posługuje się Margaret Astrid Lindholm Ogden. Swoją przygodę z pisaniem rozpoczęłam w wieku osiemnastu lat. To właśnie w tamtym czasie wydała pierwszą powieść pod pseudonimem Megan Lindholm. Jako Robin Hobb dała się poznać w roku 1995, kiedy to na rynku wydawniczym w Stanach Zjednoczonych ukazała się jej powieść Uczeń skrytobójcy, otwierająca trylogię Skrytobójca. Dzięki niej zyskała ogromny rozgłos zarówno w kraju jak i zagranicą, a powieści wydane pod oboma przydomkami zostały przetłumaczone na przeszło dwadzieścia języków.

 

Powiem szczerze, że ciężko mi zacząć cokolwiek pisać na temat tej powieści, ponieważ… uhh! sama mam nadal mgliste pojęcie, co też jest w niej takiego, że oderwanie się od jej lektury jest wręcz niemożliwe. A nawet, kiedy już się to uda się odłożyć ją, chociaż na chwilę, to i tak można być pewnym, iż myśli o tym, jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń, będą nas atakowały na każdym kroku niczym najgorszy rój naprzykrzających się owadów. Zresztą nie tylko treść kusi, robi to także okładka. Jest naprawdę świetna: prosta, a zarazem tajemnicza, czyli najlepsze połączenie, jakie można byłoby sobie wymarzyć. Zaskakuje również, oczywiście jak najbardziej na plus, wykończenie graficzne, jakie znajdziemy na początku każdego rozdziału. Pozostawiona na widoku, przyciąga wzrok niczym najmocniejszy magnes i nie da się koło niej przejść, aby chociaż na chwilę nie zajrzeć do środka.

 

Akcja raczej nie zachęca, a przynajmniej tak się wydaje na pierwszy rzut oka, do szybkiego zapoznawania się w opowieścią stworzoną przez Robin Hobb, nie ma tutaj, bowiem zbyt wielkiej dynamiki. Dużo lepszym określeniem jej tempa jest: spokój, ale na szczęście niezaliczający się do tych, co wywołują wszechogarniającą nudę. Tutaj, powiedziałabym, że raczej pobudza ciekawość. Wszystko, dlatego iż autorka nie zapomniała o wpleceniu niespodziewanych zwrotów, których naprawdę nie da się przewidzieć.

 

Dużym plusem powieści są na pewno bohaterowie i to w dużej mierze z ich powodu pochłaniałam kolejne akapity, strony i rozdziały w naprawdę szybkim tempie. Wracając jednak do tematu postaci, Robin Hobb serwuje nam naprawdę istną ich plejadę (do wyboru, do koloru). Jednak najważniejsze jest w nich to, że są zupełnie różne. Fakt, niektóre cechuje przewidywalność ocierająca się o granice „bólu”; potrafią być nijakie i to w takim stopniu, iż nie zwraca się zbytniej uwagi na ich zniknięcie z kart historii Bastarda; ale są również takie, przy których można odnieść wrażenie, że doskonale wie się jak postąpią, a one ni z tego ni z owego, robią coś, o co posądzalibyśmy ich najmniej. Jednak tym, co mnie w nich najbardziej zaskakuje, to fakt, iż nikomu pisarka nie nadała typowego bądź też wymyślonego przez siebie imienia, co przecież wydaje się rzeczą najnormalniejszą na świecie. Widać jednak nie dla tej autorki. Hobb poszła, bowiem w zupełnie inną stronę, zostawiając takie konwencjonalne myślenie, daleko w tyle. Jej bohaterowie zostali ochrzczeni mianem bardziej pasującym do cechy charaktery niż do imienia. Tym sposobem mamy przyjemność czytać o księciu Rycerskim, Szczerym bądź Władczym. Ba! Spotykamy również – Cierpliwą, Roztropnego czy też Aroganta. Również godność samego protagonisty – Bastard – określa jedynie jego pozycję na dworze: chłopak jest bękartem = bastardem księcia Rycerskiego.

 

Przyznam, że początkowo ciężko było mi się przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy, ale wszystko mija wraz z upływem kolejnych stron. Historia po prostu tak mocno absorbuje, iż przestałam zwracać na to wszystko uwagę. Powiem więcej, na pewnym etapie lektury Ucznia skrytobójcy doszłam do wniosku, że nie wyobrażam sobie tych bohaterów noszących zwykłe imiona, bo wtedy historia mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. A już na pewno, miałaby inny wydźwięk.

 

Mam wrażenie, że z tego wszystkiego wyszedł mi straszny galimatias, ale jakoś nie umiem tego lepiej przeredagować. No cóż…. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić Was do tego, abyście sami przekonali się, co też kryje w sobie Uczeń skrytobójcy. Polecam.

Ponura drużyna

Ponura drużyna - Luke Scull

Słowem wstępu… a zresztą, co będę się rozdrabniać: kolejna książka wybrana pod wpływem interesującego blurbu i świetnej okładki. No i przede wszystkim… przecież to najukochańsza fantastyka w czystej postaci, a temu jak wiecie, oprzeć się nie potrafię. Zobaczcie co z tego wyszło.

 

Wszystko zaczęło się kilkaset lat temu kiedy to magowie wystąpili wspólnie przeciwko bogom czym doprowadzili do ich zagłady. Najpotężniejsi podzielili ziemię między siebie i od tamtej pory każdy z nich rządzi nimi według własnego uznania. Jednak niektórym to, co mają nie wystarcza. Już po parunastu latach od zagłady bogów zaczęło dochodzić do konfliktów zbrojnych, które najbardziej widoczne są na linii Salazar – Biała Pani. Widmo wojny z każdym rokiem jest coraz bliższe ich państw - miast. Czy dojdzie do użycia siły? Jaki udział będzie miała w tej wojnie grupa rebeliantów z Dorminii, zwana Odłamkami?

 

Odłamki starają się walczyć z tyranią Władcy Magii – lorda Salazara, który za sprawą Karmazynowej Straży i Przysparzaczy (wojownicy wyposażeni w magiczne artefakty), rządzi Dorminią twardą ręką. Wszelkie bunty są zduszane w zarodku. Nad miastem krążą myślostrzębie, a ich zadaniem jest wykrywanie ludzi nieprzychylnych Salazarowi. Społeczeństwo Dormini żyje, więc w ciągłym strachu.

 

Davarus Cole, syn wielkiego Illariusa, jest najmłodszym członkiem tejże grupy i tylko on posiada broń, która może zgładzić panującego despotę. Jednak nic nie jest takie proste. Na jego drodze stanie wiele przeszkód. Czy je pokona? Czy uda mu się zabić lorda Salazara? Jaki udział we wszystkich wydarzeniach ma Biała Pani?

 

Luke Scull, na co dzień zajmuje się projektowaniem gier komputerowych. Ponura drużyna, otwierająca serie o takim samym tytule, to jego debiut w roli pisarza.

 

Sam początek nie należy do zbyt interesujących, co niestety ciut popsuło mi humor, ponieważ wybierając ten tytuł miałam naprawdę spore nadzieje z nim związane. Na szczęście szybko się okazało, że nie ma się, co zrażać, bowiem „im dalej w las” tym jest lepiej… znacznie lepiej. Sama nie wiem, w którym momencie powieść pochłonęła mnie tak bardzo, iż nie mogłam się od niej w ogóle oderwać. Jednak to co dla mnie jest najważniejsze, Scull ustrzegł się błędu, jaki najczęściej popełniają debiutujący pisarze. Chodzi mi o zarzucenie czytelnika wszelkimi możliwymi informacjami już na samym początku historii. W Ponurej drużynie tego nie ma. Wszystko zostało doskonale rozplanowane i wyważone, a co za tym idzie, potrzebne wiadomości dostaje się w momencie, kiedy są najbardziej potrzebne. Dzięki temu bez problemu przyswaja się oraz zapamiętuje najważniejsze szczegóły dotyczące zarówno bohaterów jak i świata, w jakim rozgrywa się opowieść. Właśnie, jeżeli już jesteśmy przy temacie miejsca akcji. Muszę powiedzieć, że pisarz naprawdę się przyłożył. Zbudował Dorminię i pozostałe państwa – miasta Trójwładu wraz z przyległymi do nich terenami, praktycznie od samych podstaw. Możemy, więc poznać nie tylko ich topografię, ale także i całą historię oraz zasady rządzące tymi ziemiami. Najprościej mówiąc… Scull zadbał o wszystko.

 

Powieść czyta się szybko i przyjemnie, nie tylko za sprawą prostego i plastycznego języka, jakim posługuje się autor, ale także dzięki niedługim rozdziałom, których lektura nie męczy i nie nudzi. Wszystko rozgrywa się w nich naprawdę szybko. Wydarzenia są pełne niespodzianek, a zwłaszcza zakończenia, które autor dość mocno zaakcentował. Przyznam, że nie raz wprawiły mnie w lekkie osłupienie, ponieważ po śledzeniu wydarzeń danego fragmentu, spodziewałam się zupełnie innego finału. Jest to świetne zagranie autora, ciekawość czytelnika rośnie, bowiem z rozdziału na rozdział, przez co ciężko jest się rozstać z powieścią. Zostając jeszcze przez chwilę w tym temacie muszę dodać, że każdy taka część została ukazana z perspektywy różnych bohaterów i opisuje wydarzenia, w jakich brali oni udział. A trzeba Wam wiedzieć, że poznajemy ich naprawdę wielu.

 

Być może właśnie z powodu ich ilości, żaden nie zapada w pamięć na dłużej. Wydawałoby się, że wśród takiej „zgrai” powinien znaleźć się, chociaż jeden, do którego czytelnik poczuje nić sympatii i z ciekawością będzie śledził jego dalsze losy. Niestety w historii Sculla mi tego zabrakło. Nawet Davarus Cole – impertynent jakich mało, pyszałek zapatrzony w koniec swojego nosa, protagonista pretendujący bardziej do miana antagonisty nie przykuwa uwagi na zbyt długo. Fakt, wywołuje skrają irytację z wybuchami złości jednak tylko na czas rozdziału, który został mu poświęcony.

 

Jak więc łatwo się domyślić z wcześniejszych wzmianek, cała akcja biegnie wielotorowo i trzeba się naprawdę skupić, aby nie zgubić się w tym natłoku wątków i wydarzeń. Wydawałoby się, więc że tempo mknie do przodu niczym rączy koń, niestety nic bardziej mylnego. Zdarzają się, bowiem momenty, w których dosłownie wieje nudą. Trzeba się wtedy dobrze wysilić, aby nie zmrużyć oka. Jeżeli chodzi natomiast o samą fabułę: tym, co najbardziej zapadło mi w pamięć i nadal wspominam z zachwytem są opisy brutalne i krwawe opisy walk, których autor nie skąpi. Ich dopracowanie i szczegółowość, a także dynamika, zapierają dech. Nie sposób się od nich oderwać. Pal licho, że jestem kobietą i raczej powinnam unikać takich momentów! Ja je po prostu uwielbiam! Być może wszystkiemu winna jest moja fascynacja fantastyką, a jak wiadomo bitwy i pojedynki są w tym przypadku dość mocno z nią powiązane.

 

Książka ma swoje mocne i słabe strony, jak każdy debiut. To, co jednak mnie najbardziej nurtuje to jej zakończeniem, które wywołało u mnie nie małą konsternację. Dlaczego? Ano, dlatego że Ponura drużyna ma być pierwszym tomem sagi noszącej taki sam tytuł, z tym, iż pisarz pozamykał w niej praktycznie wszystkie najważniejsze wątki. Davarus Cole dopiął swego i… No i to, co powinnam wpisać po tym „i”, ale nie mam zamiaru dobierać nikomu frajdy z czytania, nurtuje mnie najbardziej. Niby czytała zagraniczny blurb, ale szczerze mówiąc, pomijając kwestię Wilka oraz Broadar’a Kanye’a, nie wiem jak autor chce wykaraskać się z tego, co uczynił na koniec Ponurej drużyny i połączyć obie historie w spójną całość. Mimo wszystko… polecam.

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2014/10/ponura-druzyna-luke-scull.html

Proszę – dziękuję!

Co wolno, a czego nie? Czyli bycie grzecznym nie jest łatwe - Nele Moost

Pamiętacie małego kruczka Skarpetkę, którego miałam okazję przedstawić Wam w zeszły weekend, przy okazji recenzji Wszystko dobrze! Czyli o tym, jak kruk dostał swoje imię? Tym razem przychodzę z zupełnie inną przygodą naszego pierzastego przyjaciela, noszącą tytuł: Co wolno, a czego nie? Czyli bycie grzecznym nie jest łatwe. Dowiadujemy się z niej o tym jak kruczek musiał szybko nauczyć się być grzecznym, ponieważ… ale zacznę chyba jedna od początku :P

 

Wszystko zaczęło się od pewnego obiadu w czasie, którego obżarstwo dzika wyzwoliło w kruczku małego samoluba. Oliwy do ognia dolewał również przemądrzały zając, co chwilę wygłaszający uwagi na temat odpowiednie zachowania. Niestety, spowodowało to jedynie, że Skarpetka najpierw napluł do sosu od spaghetti, którym nie chciał się z nikim podzielić, a potem sam w niego wskoczył, bo skoro on go nie dostanie, to nikt nie będzie go jadł. Pani Borsukowa była zła na kruczka i zapowiedziała mu, że dopóki nie zmieni swojego zachowania, nie dostanie prezentów urodzinowych, a i o przyjęciu może tylko pomarzyć. Z początku ptaszka nie bardzo obeszły te groźby, dopiero po koszmarze o uciekających prezentach, doszedł do wniosku, iż jednak warto zapoznać się z dobrymi manierami. Zaczął, więc szukać odpowiedniego nauczyciela… Miś okazuje się niestety takim samym łobuziakiem, co kruczek, owieczka jest chora… pozostaje, więc jedynie… zając. Skarpetka, choć nie ma na to ochoty, bardzo chce dostać prezenty. Choć ciężko mu przekonać długouchego kolegę, w końcu dostaje odpowiednią listę tego, co wolno i czego nie, z nakazem nauczenia się jej na pamięć. Być może właśnie dzięki temu, kruczkowi udaje się sprawić, że Pani Borsukowa zmienia zdanie na jego temat i pozwala na urządzenie przyjęcia takiego, jakie marzy się Skarpetce. Na pewno jednak nie spodziewała się tego, co przyszło jej znieść :P

 

Bycie grzecznym, to nie wcale taka łatwa sprawa i wie o tym chyba każdy maluch. Psocenie często sprawia dużo większą frajdę niż odpowiednie zachowanie. Jednak Nele Moost w prosty i ciekawy sposób pokazuje, że nawet dobre maniery mogą być fajne i wcale nie trzeba się zbytnio męczyć, aby ich przestrzegać. Na przykładzie kruczka Skarpetki, pragnie pokazać dzieciom, że wszystko, co robimy i jak się zachowujemy pociąga za sobą pewne konsekwencje. Tyczy się to zarówno odpowiedniego oraz nagannego zachowania.

 

Dzięki ślicznym i szczegółowym ilustracją, które krok po kroku przeprowadzają małych czytelników bądź słuchaczy przez kolejne etapy poznawania przez kruczka, dobrego zachowania, dzieci mogą dużo łatwiej i szybciej przyswoić sobie naukę, jaka płynie z historii Co wolno, a czego nie? Czyli bycie grzecznym nie jest łatwe. Annet Rudolph po raz kolejny doskonale się spisała i pewnie jeszcze nie raz będę miała okazję to pisać. Was natomiast ponownie zachęcam do sięgnięcia po serię Mały kruczek i zapoznanie z nią maluchów z rodziny. Polecam!

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2014/10/co-wolno-czego-nie-czyli-bycie.html

Imię...

Wszystko dobrze! Czyli o tym, jak kruk dostał swoje imię - Nele Moost

Już nie zliczę ile razy rozpoczynałam recenzję książeczek skierowanych do najmłodszych, od informacji jak bardzo moja córa uwielbia wszelkie zwierzaki. Ale co poradzę… większość książeczek, jakie mamy okazje we dwie poznawać jest właśnie o ich przygodach, a Nadia naprawdę je uwielbia.

 

Oczywiście i w tym przypadku nic się nie zmieniło. No może z tą różnicą, że przychodzimy do Was z historyjką o małym kruczku, a nie piesku bądź kotku, które najczęściej nam towarzyszą. Właśnie z powodu tego pierzastego bohatera, nie do końca byłam pewna jak Dusia przyjmie opowieść. Na szczęście pokochała kruczka równie mocno jak ja.

 

Swoją znajomość z opowiastkami Nele Moost postanowiłyśmy zacząć od tytuły Wszystko dobrze! Czyli o tym, jak kruk dostał swoje imię. Zwłaszcza, iż tak jak sam tytuł wskazuje, dowiemy się z niej, w jaki sposób i dlaczego kruczek stał się kruczkiem Skarpetką. Dowiemy się również ileż problemów nastręcza wybranie odpowiedniego imienia, zwłaszcza, że tak wiele się podoba, a przecież nie każde musi pasować. Zacznijmy jednak od początku.

 

Kruczek w wyniku pewnego zdarzenia z myszkami i listem do jednej z nich dowiedział się, że każdej zostanie nadane imię, aby więcej nie było już żadnych problemów i kłótni. Nasz pierzasty przyjaciel, jak przystało na malucha, doszedł do wniosku, że on też chce koniecznie mieć imię. Skoro inni mają to, dlaczego nie on. Niestety sprawa okazała się dużo trudniejsza niż początkowo myślał. Tak dużo imion mu się podobało, a przecież nie można być Pawło-Darko-Tomko-Frankiem. Ptaszek rozmyślał i kombinował całą noc z taką intensywnością, że się w końcu rozchorował. Opieką nad pacjentem podjęła się Pani Borsukowa. Martwiła się o łobuziaka, który w wyniku choroby stał się grzecznym oraz zgadzającym się na wszystko, i ze wszystkimi, kruczkiem.

 

Wszyscy przyjaciele przejęli się stanem małego pacjenta, a także tym, co wpędziło go w chorobę. Dlatego w sekrecie przez kruczkiem zaczęli zastanawiać się nad odpowiednim imieniem dla niego. Gdy ptaszek w końcu doszedł do siebie, zorganizowali mu przyjęcie imieninowe niespodziankę, podczas którego nasz bohater stał się kruczkiem Skarpetką.

Z postacią małego pierzastego protagonisty może utożsamiać się każde dziecko. Jest to psotnik i łobuziak, jakich mało, który nie zawsze postępuje tak jak należy, ale zawsze, przynajmniej w pewnym stopniu, potrafi wyciągnąć odpowiednie wnioski ze swoich zachować. Może nie stosuje się do nich zbyt długo, ale jednak potrafi w ten sposób pokazać dzieciom, że zawsze warto uczyć się na własnych błędach.

 

W tej historyjce, na podstawie przeżyć Skarpetki Nele Moost stara się przekazać dzieciom jak ważne jest poczucie własnej tożsamości i wartości, jakie niesie ze sobą fakt posiadania własnego imienia. Pokazuje, że każde imię praktycznie odzwierciedla to, kim jesteśmy, a wybór tego właściwego wcale nie należy do najłatwiejszych. Co więcej uświadamia opowieść małego kruczka uświadamia dzieciom jak ważne jest posiadanie wiernych przyjaciół, którzy są przy nas zarówno w chorobie jak i w zdrowiu.

 

Jednak sama historyjka nie jest jedyną mocną stroną tej książeczki. Do tej samej grupy można także zaliczyć wspaniałe ilustracje wykonane przez Annet Rudolph. Są one po prostu niesamowite. Dokładne oddanie najdrobniejszych szczegółów i nasycenie ich tyloma pięknymi i intensywnymi barwami, jeszcze mocniej przykuwa uwagę zarówno małego słuchacza jak i dorosłego „lektora”. Dzięki nim jeszcze lepiej można zrozumieć całą treść opowieści, a co za tym idzie doskonale wszystko zapamiętać. Ponieważ fakt, że dzięki takim ilustracjom morały przemycone w książęce pozostaną w główce dziecka na dłużej, jest jak najbardziej potwierdzony.

 

Gorąco zachęcam do zapoznania się z przygodami niesfornego kruczka i jego przyjaciół. Na pewno nie będziecie żałować, a maluchy (nie ważne czy Wasze dzieci, młodsze rodzeństwo, czy po prostu brzdące z rodziny) będą wręcz zachwycone.

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2014/09/wszystko-dobrze-czyli-o-tym-jak-kruk.html

Śmierć jest w równym stopniu końcem, jak i początkiem

Dzień, w którym umarłam - Belen Martinez Sanchez

Anioły, nie ważne czy to niebiańskie, czy upadłe, dość często pojawiały się na kartach młodzieżowych romansów paranormalnych. Co się jednak tyczy demonów, ich udział w tego typu historia można zliczyć na palcach. Być może właśnie, dlatego ten gatunek istot nadnaturalnych Belen Martinez Sanchez wybrała na prowodyrów swojej debiutanckiej powieści – Dzień, w którym umarłam.

 

Diletta Mair uważa się za najprzeciętniejszą z przeciętnych nastolatków. Zresztą wszystkie znaki na to wskazują, nie jest żadną pięknością i ponad dobrą zabawę przekłada naukę. Ma raczej niewielkie grono najlepszych przyjaciół. Wszystko by się zgadzało, gdyby nie dwie rzeczy, które wyróżniają ja spośród tego grona. Dziewczyna ma, bowiem heterochromię, czyli każde oko ma inny kolor tęczówki, a także… potrafi widzieć duchy. Mimo to dziewczynie udaje się jakoś z tym pogodzić i żyć normalnie. Nie przypuszcza jednak, że jedno przypadkowe i dziwne spotkanie, a właściwie mała kraksa, spowoduje takie ogromne zmiany w jej życiu.

 

Wszystko zaczęło się zmieniać gdy na początku nowego roku, Diletta w wyniku niefortunnego zbiegu wydarzeń, zderzyła się z Aloisem Petersenem. Wszystko byłoby w miarę dobrze gdyby nie fakt, że tylko ona go widzi. Jego dziwny strój i floret w rękach wywołał jej sporą konsternację. Tym bardziej, że z powodu tego ostatniego, Diletta został zadraśnięta w przedramię. To właśnie z powodu tej rany, wszystko zaczyna się walić. Zjawy, które do tej pory nie miały pojęcia o zdolnościach dziewczyny teraz nagle nie dają jej spokoju. To nagłe zainteresowanie sprawi, że szybko przyjdzie jej skonfrontować swoje wiadomości na temat aniołów i demonów z tym jak jest naprawdę. Wszystko przez Aloisa Petersena. To przez niego data 2 października 2003 roku stała się również datą śmierci dziewczyny.

 

Muszę przyznać, że gdy pierwszy raz dane mi było przeczytać notkę wydawcy na temat tej powieści, poczułam się nad wyraz zaintrygowana. Co prawda okres boomu na powieści z pierzastymi w rolach głównych, już dawno minął, a i było ich tyle, że miałam wrażenie, iż nic nowego nie przyjdzie nam poznać. Jednak wcale nie zniechęcało mnie to do tego, aby pochłonąć kolejną z nich. Zwłaszcza, że anioły miały tutaj grać jakieś tam poboczne i epizodyczne scenki. Szkoda tylko, że z powodu mojej ciekawości, ponownie wywindowałam swoje oczekiwania dość wysoko, co niestety odbiło mi się lekką „czkawką”.

 

Już sam początek niestety nie zwiastuje niczego dobrego, chociaż muszę przyznać, ze mimo schematyczności i wszechogarniającej nudy, autorka i tak jakimś cudem potrafi zatrzymać czytelnika. Być może dużą zasługą tego jest fakt, że od razu zostajemy zarzuceni masą informacji oraz tajemnic do rozwiązania. Najlepszych tego określenie byłoby, że oba te elementy mnożą się niczym grzyby po deszczu i to zaledwie na kilkunastu stronach. Cała reszta to po prostu stopniowe rozwikływanie tego galimatiasu. Niestety cierpi na tym zarówno fabuła jak i tempo akcji, które przez większość czasu jest raczej minimalne. Co prawda zdarzają się nagłe zwroty, dzięki czemu rozwój opisywanych wydarzeń nabiera zarówno rumieńców jak i prędkości. Niestety nie niweluje to faktu, że świetny pomysł, jaki miała autorka, został wykonany tylko w połowie.

 

Co mnie jeszcze drażniło w tej powieści? Hmm… na pewno to, że spora część sytuacji, w jakie autorka wikłała swoje postacie, nie miało w ogóle żadnego początku. Zupełnie nie było wiadomo, z jakiej przyczyny przydarzają się one bohaterom i jaki jest w ogóle ich cel. Przede wszystkim jednak, były zupełnie pozbawione sensu. Doskonałym przykładem takiego stanu rzeczy jest wątek miłosny, jaki zawiązał się pomiędzy Dilettą i Aloisem, dwójką bohaterów, którzy wprost pałali do siebie nienawiścią i pogardą. Ja rozumie, że „do zakochania jeden krok…” i „od nienawiści do miłości krótka droga”, ale proszę Was: nie przesadzajmy! No dobra, może w przypadku samej Diletty jakoś bym to przełknęła, bo ta dziewczyna to typowe „ciepłe kluchy”, ale nie w przypadku Aloisa, którego Sanchez od początku kreowała na aroganckiego i zadufanego w sobie ignoranta (po prostu dupka, jakich mało). W tym drugim przypadku taki splot wydarzeń najzwyczajniej w świecie – staje ością w gardle.

 

Jeżeli jesteśmy już przy temacie bohaterów to muszę powiedzieć, że mam zupełny mętlik w głowie. Z jednej strony: strasznie mnie irytowali, można nawet powiedzieć, że wręcz wkurzali i to do tego stopnia, iż miałam ochotę nie tylko rzucać książką gdzie popadnie, ale także uważałam ich za największy mankament tej powieści (nawet przez niewykorzystanym potencjałem samego pomysłu na opowieść). Natomiast z drugiej strony: wystarczyło przekręcić kartkę, a robili coś takiego, że momentalnie wszystko się zmieniało. Na mojej buzi pojawiał się szeroki uśmiech, a uczucia ulegały znacznemu ociepleniu. Jednym słowem – istna kolejka górska.

 

To, co chyba najbardziej przypadło mi do gustu i jako tako uratowało ocenę Dnia, w którym umarłam to samo zakończenie. Od razu widać, ze autorka już na samym początku miała je całkowicie przygotowane i to w najdrobniejszych szczegółach. Akcja jest żywa i pełna niespodzianek, chociaż niektórych elementów, można domyślić się wcześniej. Belen Martinez Sanchez postarała się, aby chociaż na sam koniec, czytelnik się nie nudził.

 

Jak widać, powieść Dzień, w którym umarłam jest pełna sprzeczności i być może właśnie to ją ratuje. Może nie jest to jeden z najlepszych debiutów, jakie miałam okazję do tej pory czytać, ale ma w sobie to coś, co nie tylko sprawia, że książkę czyta się szybko, ale także daje nadzieję na poprawę warsztatu pisarskiego samej autorki. Boję się pomyśleć, co wyjdzie spod jej klawiszy za parę lat, kiedy z każdą kolejną wydaną powieścią jej talent będzie coraz bardziej się „szlifował”.

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2014/09/dzien-w-ktorym-umaram-belen-martinez.html

Dziecięce spojrzenie na świat

Figle i psoty Kaktusa i Skloty - Agnieszka Gadzińska

Czym jest kryzys wieku średniego? Co należy zabrać ze sobą na zbliżający się koniec świata? Gdzie się ukryć na czas tego wydarzenia? Czy czarownice istnieją? Jak obchodzić dzień matki z Ziemią? W jaki sposób poprawić humor psiakowi, który ma pchły? Jak (nie) należy korzysta z błotnych maseczek własnej produkcji? Dużo tych znaków zapytania… prawda? Jednak niech nikt się nie martwi, wszystkie odpowiedzi znaleźć można na kartach książeczki Figle i prosty Kaktusa i Skloty autorstwa Agnieszki Gadzińskiej. Oczywiście wszystko z dużym przymrużeniem oka, bo przecież w grę wchodzi dziecięce pojmowanie świata.

 

Sklota to rezolutna sześcioletnia dziewczynka, która ma głowę pełną zaskakujących pomysłów. Wprowadzając niektóre z nich w życie, przeżywa niesamowite przygody wraz ze swoim gadającym kotek Kaktusem, najlepszymi przyjaciółmi i ich zwierzętami.

 

Przyznam, że miałam lekkie obawy, kiedy wybierałam tę powieść dla swojej córeczki. W końcu to czteroletnia indywidualistka i nie wszystkie historie, które mi pasują, odpowiadają także i jej. Jakaż, więc była moja radość, gdy po przeczytaniu jednego opowiadania, Nadinka zażądała kolejnego. Tak po cichutku powiem, że sama byłam niebywale ciekawa, co też dzieci znowu wymyślą.

 

Każde opowiadanko napisane jest naprawdę lekkim stylem, ba! Można odnieść wrażenie, że relacjonuje je właśnie któreś z dzieci. To naprawdę spory plus, historia ma dzięki temu możliwość lepszego zapadnięcia maluchom w pamięć. No dobra, maluchom będzie to pasowało. Rodzicom już nie koniecznie, kiedy przyjdzie im w najmniej spodziewanym momencie tłumaczyć, czym jest w końcu ten kryzys wieku średniego. Znam to z autopsji kiedy to w czasie farbowania włosów mój kochany aniołek z diabelskimi różkami wyskoczył nagle z pytaniem, czy sama przechodzę przez taki kryzys, czy po prostu dbam o urodę. :P Wracając jednak do książeczki, każda historyjka uzupełniona jest ciekawymi i kolorowymi ilustracjami stworzonymi przez Artura Nowickiego. Dzięki temu, wszystko tworzy spójną całość cieszącą zarówno oczy jak i wyobraźnie słuchającego i czytającego :D.

 

Naprawdę polecam. Warto, chociażby po to aby się pośmiać, a tym samym sprawić, że przez chwilę poczujemy się jak dzieci patrząca na świat przez pryzmat różowych okularów :P.

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2014/09/figle-i-psoty-kaktusa-i-skloty.html

Na drugą stronę

Na drugą stronę - Anna Kendall

Fantastyka to gatunek, który kocham całym sercem, ale o tym już nie raz Wam wspominałam i pewnie jeszcze nie raz to zrobię. Po co o tym wspominam? Abyście zrozumieli, z jakiego powodu sięgam po tego typu książki bez głębszego zastanowienia. Dlaczego w ich przypadku wystarcza mi po prostu sam blurb, no i może jeszcze klimatyczna okładka, aby porwać je z półki? Zacznę może jednak od samego początku…

 

Roger Kilbourne jest już prawie mężczyzną, jednak, co mu po tym skoro ciągle żyje w strachu przed swoim wujem – Hartahem. No i do tego… jego dar…, o którym nikt nie może się dowiedzieć, ponieważ mógłby wtedy zostać oskarżony o czary, a co za tym idzie… powieszony bądź spalony na stosie. Chłopak potrafi, bowiem przechodzić do krainy umarłych i rozmawiać z jej mieszkańcami (choć to ostatnie nie należy do najłatwiejszych). Przed długi czas jego wuj, z premedytacją wykorzystywał ten fakt, aby zarabiać na różnych wiejskich jarmarkach. Jednak ciągle było mu mało. Niestety plan szybkiego wzbogacenia się przyniósł mu tylko śmierć, a Rogerowi natomiast namiastkę upragnionej wolności. Nie na długo… Chłopak trafił, bowiem na dwór królewski Reginokracji, w którym toczy się cichy spór o władzę pomiędzy matką i córką.

 

Początkowo pełni rolę męskiej praczki na zielonym dworze królowej Caroline. Wydaje mu się, że gorzej już raczej nie będzie… a jednak. Niby dostaje awans na błazna samej królowej, jednak dodatkowe obowiązki, jakie się z tym wiążą wcale nie należą do przyjemnych. Tym bardziej, że królowa (sama oskarżana o bycie czarownicą) doskonale zdaje sobie sprawę, iż Roger potrafi odwiedzać krainę umarłych. Co z tego wszystkiego wyniknie?

 

Anna Kednall to tak naprawdę pseudonim amerykańskiej pisarki, irlandzkiego pochodzenia – Nancy Kress. Kobieta ma na swoim koncie wiele prestiżowych nagród między innymi Nebulę i Hugo. Jej powieści, chociaż zaliczane do gatunków fantasy oraz science fiction, cechuje wyjątkowy realizmy, a tematy, jakie w nich porusza często dotyczą dalekiej przyszłości, rozwoju inżynierii genetycznej oraz sztucznej inteligencji. Być może właśnie, dlatego ich główną grupą odbiorczą stali się dorośli czytelnicy. Jednak w przypadku Na drugą stronę, sprawy mają się wręcz odwrotnie. Książka rozpoczyna, bowiem serię noszącą tytuł Kroniki Duszorośli, która skierowana jest do młodego grona miłośników słowa pisanego.

 

Jak już pisałam na samym początku, po książki fantastyczne sięgam tylko znając blurb i okładkę. Jednak w przypadku Na drugą stronę ten pierwszy aspekt nie do końca mnie do siebie przekonał. Powiem więcej, sugeruje raczej banalną historyjkę przepełnioną do granic możliwości romansami, flirtami, dworskim życiem, intrygami i politycznymi sporami. Raczej nie wiele ma to wspólnego z fantastyką. Co więc sprawiło, że dałam szansę tej powieści? Na pewno intrygująca okładka, a także pewne zdanie… Dokładnie takie:


„Kraina umarłych to niebezpieczne miejsce… Podobnie jak świat żywych…”.


Mi to w zupełności wystarczyło, aby natychmiast zapałać chęcią zapoznania się z historią, w której umarli mogą odgrywać znaczną rolę. Niestety, okazało się później, że jest to chybione spostrzeżenie. Prawdę mówiąc, jakoś nie przypadła mi do gustu koncepcja krainy umarłych w wykonaniu Anny Kendall. Liczyłam na coś dużo bardziej intrygującego, energicznego (nawet, gdy mowa o umarlakach) i… mrocznego. Tymczasem przychodzi nam czytać o spokojnej krainie, w której umarli zajmują się… nic nie robieniem. Nawet krótki epizod, jaki autorka postanowiła nam zaserwować, który miał na celu „ożywienie” akcji w tym miejscu, niczego nie zmienił.

 

Kolejną rzeczą, która mnie rozczarowała był sam protagonista. Nie dość, że jego postać była „płaska” i nijaka, to jeszcze tak mocno grał mi na nerwach, iż z miłą chęcią bym go rozszarpała. Co prawda daleko mu do mojego anty ulubieńca od Andrew Fukudy, ale muszę przyznać, mocno go ściga. Pomijając jednak ta małą dygresję. Do tej pory nie bardzo wiem, czy rzeczywiście był on aż tak głupi, czy tylko takiego udawał, aby wyciągnąć dla siebie jak najwięcej korzyści. Ja rozumiem, że to biedny chłopak wychowany bardziej na niewolnika niż wolnego człowieka, w wiejskiej i do tego dysfunkcyjnej rodzinie, a i średniowieczne czasy, w jakich przyszło mu żyć, niczego nie ułatwiały, no, ale ludzie! Po co udawać głupszego niż się jest w rzeczywistości? Żeby tylko wyciągnąć z każdej sytuacji jak najwięcej dla siebie? Ja rozumiem, że można się tymi wszystkim dobrami wręcz zachłysnąć, ale zazwyczaj każdy ma swój limit. Dla mnie takie zachowania, jakie przedstawiał protagonista ocierają się wręcz o wyrachowanie i przebiegłość. Jednak to, co najbardziej razi, to fakt, że cały czas mowa w o osobie czternastoletniego chłopca.

 

Jeżeli chodzi o fabułę, to z początku miałam wrażenie, że składa się na nią zbiór niepowiązanych ze sobą zbyt mocno, sytuacji, w jakie pakował się zazwyczaj Roger. Innymi słowy mówiąc, ani niczego nie wyjaśniały, ani nie wnosiły zupełnie nic do całej historii. Tak przynajmniej wyglądało to na pierwszy rzut oka. Dopiero ostatnie wydarzenia uświadamiają jak wszystko jest ze sobą połączone. Samo zakończenie utwierdza również w przekonaniu, że po kolejny tom jak najbardziej trzeba sięgnąć. Tempo akcji jest raczej spokojne, żeby nie powiedzieć nawet… lekko monotonne. Mimo to, od książki ciężko jest się oderwać.

 

Na drugą stronę może i nie okazało się tym, czego oczekiwałam, ale i tak miło spędziłam przy niej czas. Jestem bardzo ciekawa jak potoczą się dalej losy Rogera i jego znajomych. Co do polecania i odradzania, to nie mam zamiaru robić ani jednego, ani drugiego. Sami zdecydujcie, czy macie ochotę dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi.

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2014/09/na-druga-strone-anna-kendall.html

Miłość... Mafia... Arkadia

Arkadia Płonie - Kai Meyer

Sycylia… Cosa Nostra… Mafijne porachunki… Zwaśnione rody… Mityczne przepowiednie… Mityczne stwory… Arkadia… Głodomór… Waśnie rodzinne… Zemsta… To tylko niewielki wyrywek problemów, z jakim muszą stawić czoła Rosa i Alessandro. Wszyscy czyhają na ich życie, pragną pozbawić ich władzy capi i przede wszystkim przerwać ich związek. Jednak oni nie zamierzają się poddać. Pragną być ze sobą, ale aby było to w końcu możliwe, musza rozwikłać zagadkę posągów z dna cieśniny meksykańskiej. Tylko jak tego dokonać w momencie, gdy ktoś inny ich ubiegł? Posągi zostały zabrane i doskonale ukryte.

 

Młodzi przywódcy mafijni muszą, więc na chwilę pozostawić tą sprawę nierozwiązaną i zając się innym palącym problemem. Już niedługo na Sycylię ma, bowiem powrócić żądny zemsty Głodomór – capo dei capi całego mafijnego społeczeństwa. No i na jaw wychodzą kolejne bolesne fakty ze znienawidzonej przeszłości Rosy, a także te dotyczące jej ojca i jego zniknięcia przed laty.

 

Poprzedni tom Arkadii bardzo przypadł mi do gustu, ale w sumie nie ma się, czemu dziwić. Bądźmy szczerzy, ile znacie (oprócz tej trylogii) powieści młodzieżowych, w których historia łączy elementy fantastyczne z życiem rodów sycylijskiej mafii? Co prawda, ten drugi wymieniony przeze mnie aspekt tworzy jedynie tło, ale zawsze gdzieś tam jest. Gdy doda się do tego jeszcze motyw niczym z dramatu Shakespeare’a – Romeo i Julia, osadzony we współczesnych czasach (gdzie zwaśnione rody mogą wybijać się dowoli, przy użyciu najróżniejszych cudów techniki militarnej) otrzymamy coś nowatorskiego i wybijającego się ponad wszelkie schematy.

 

Właśnie, jeżeli już o tym mowa. Meyer skrupulatnie broni się przed nimi broni i na spokojnie można powiedzieć, że w 99% naprawdę mu się to udaje. Co więc z tym 1%? Ano to, że mimo wszystko, tak naprawdę nie da się uniknąć nawet minimalnego powielenia. W tym wypadku chodzi o tragiczną przeszłość Rosy i o fakt, że to właśnie dzięki Alessandrowi udaje się jej z nią uporać. Na szczęście autor wspomina taki stan rzeczy zaledwie kilka razy i raczej w dość mało istotnych epizodach, dlatego ten aspekt historii jest raczej mało zauważalny.

 

Nie mogę również nie wspomnieć o czymś, co mnie zachwyca w tej serii i jednocześnie wywołuje okropne ciarki na plecach… Tak! Chodzi o niesamowite okładki. To połączenie czerni, z mglistą postacią i żywym kolorem węża… tworzy naprawdę piorunujące wrażenie. Dla mnie tym większe, że panicznie boję się tych gadów (zresztą wszelkich płazów i robactwa także :P).

 

Przyznaję, że autor doskonale wie jak przyciągnąć czytelnika. Od pierwszych stron tempo akcji zostaje ustawione na najwyższe „obroty” i utrzymuje się na tym poziomie do samego końca. Ba! Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że zakończenie dostaje jeszcze dodatkowej „mocy”, a co za tym idzie: wbija w fotel i praktycznie „spaja” nasze ręce z książką. Nie obejdzie się również bez elementów zaskoczenia, nawet pomimo aluzji autorka, zupełnie nie spodziewałam się tego, co dostałam.

 

Zazwyczaj istnieje obawa, a nawet krąży takie twierdzenie, że drugi tom trylogii to zwykły zapychacz pomiędzy początkiem i zakończeniem wszystkich głównych wątków. W przypadku Arkadia płonie, nie ma to racji bytu. To doskonała kontynuacja, która podsyca apetyt na więcej.

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2014/09/arkadia-ponie-kai-meyer.html

Polowanie dopiero się rozkręca

Zdobycz - Andrew Fukuda

Wampiry… Krwiopijcy… Ssacze… Nosferatu… Strzygi… To zaledwie parę określeń o tych istotach nadnaturalnych, a wszystko zależy od wierzeń danego państwa jak i zamysłu pisarza, czy też scenarzysty. Zresztą to samo tyczy się zarówno ich fizjonomii jak i zachowaniom.

 

Do tego dość pokaźnego zbioru: od typowych krwiopijców niczym z gotyckich powieści Anny Rice, po błyszczące i wegetariańskie wampiry od Stephanie Meyer, swoje trzy grosze postanowił dorzucić także Andrew Fukuda. W jego trylogii: Polowanie, poznajmy Zmierzchowców, czyli wampiry – kanibale. Zacznę może jednak od początku.

 

Z Genem, Sissy i resztą chłopców spotykamy się praktycznie w tym samym momencie, w jakim pozostawiliśmy ich wraz z końcem poprzedniej części. Nadal znajdują się na rzece, próbując uciec przed łowcami, którzy wcale nie dają za wygraną. Nawet palące słońce nie jest w stanie ich powstrzymać. Ich żądza posmakowania krwi i wnętrzności młodych heperów, jest przeogromna. Co więcej, zaczynają być coraz sprytniejsi. Ostatnia pułapka, jaką zastawili mało nie sprawiła, że cała historia miałaby krwawy koniec. Jednak bohaterom, dzięki wyjątkowym zbiegom okoliczności, udało się uniknąć najgorszego.

 

Mimo wszystkich przeciwności losu, nadal podążają za wskazówkami pozostawionymi przez Naukowca i ojca Gena w jednej osobie. Nawet, jeżeli wiąże się to z pokonaniem niemożliwego… i brakiem wszelkich informacji, co czeka ich u celu podróży. Jednak czy miejsce, w które trafili jest tym, o jakim opowiadał im ich opiekun? Czy mogą czuć się tutaj bezpiecznie? Czy odnajdą spokój?

 

Przyznaję, książka naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. Przy Polowaniu miałam problemy z wczytaniem się w początek historii, natomiast w przypadku tej powieści nic takiego nie miało miejsca. Dużą zasługą takiego stanu rzeczy jest fakt, iż autor od razu wrzuca nas na „głęboką wodę”. Akcja mknie od pierwszych stron, może nie do końca tempem burzliwej rzeki, ale na pewno jest to rwący potok, którego szmeranie sprawia, że odczuwamy ciągły niepokój o to, co może się jeszcze wydarzyć. Jeżeli chodzi o fabułę, to odniosłam wrażenie, iż autor poświęcił jej znacznie więcej czasu niż w przypadku pierwszego tomu. Wszystko zostało dopracowane i „wychuchane”. No i przede wszystkim dostajemy w końcu logiczne wytłumaczenie, z jakiego powodu doszło do takiego stanu rzeczy. Jedyne co mi w zgrzytało w tej konstrukcji fabularnej, to kulawy wątek miłosnych, którego tak na dobrą sprawę w ogóle mogłoby nie być. Wszystko to co dzieje się pomiędzy Genem i Sissy jest sztuczne i płaskie. Najlepsze porównanie jaki mi się nasuwa to do… zdechłej ryby. Nie ma w tym nawet krztyny ikry, a o emocjach nawet nie ma co myśleć.

 

Właśnie, jeżeli o negatywach mowa. Kolejnym elementem, który zasługuje na wpisanie na sam ich szczyt, jest kreacja głównego bohatera, która nadal „leży i kwiczy”. Jego sztuczność, głupota i użalanie się nad sobą w najmniej odpowiednich momentach, irytowały mnie tak bardzo, że miałam ochotę walić głową w ścianę, odrzucając przy tym książkę na bok i pozwalając, aby pokrył ją kurz zapomnienia. To naprawdę, chyba najbardziej niewydarzony protagonista z jakim miałam okazję ostatnio się zapoznać. Często nie widzi najprostszych rozwiązań! Ba! Pewnie nie widziałby ich gdyby ktoś napisano mu to wielkimi literami! Podstawiając następnie kartkę pod sam nos! Za swoje niepowodzenia potrafi obwiniać innych, w szczególności swojego ojca. Jednak to co najbardziej kłuje w oczy, to fakt, że często ma się za kogoś lepszego od pozostałych swoich towarzyszy.

 

Na szczęście jakoś udało mi się zacisnąć zęby i przetrwać tego nieszczęsnego protagonistę. Tym bardziej, że zakończenie ciut zrekompensowało moje nadszarpnięte nerwy. Andrew Fukuda wyjaśnił w nim, co prawda kilka poprzednich wątków (chociażby powód takiego, a nie innego funkcjonowania Misji), ale także dodał kilka zupełnie nowych, które mogą zaskoczyć.

 

Jak więc łatwo zauważyć, Zdobycz to powieść pełna sprzeczności. Jednak to właśnie sprawia, że nie można się od niej oderwać. Wiem sama po sobie, ponieważ zajrzałam do niej, aby tylko sprawdzić jak będzie się czytało, a sama nie wiem, w którym momencie dobiłam do połowy książki. Polecam szczególnie tym osobom, które miały okazję zapoznać się z tomem pierwszym. Pozostali sami muszą zdecydować, czy mają ochotę rozpoczynać przygodę z kolejną trylogią i nowym wcieleniem wampiryzmu.

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2014/09/zdobycz-andrew-fukuda.html

Przeszłość nie musi warunkować przyszłości…

Morze spokoju - Katja Millay

Nastya dla innych jest buntowniczką. Świadczyć może o tym jej wyzywający styl ubierania się oraz fakt, że … dziewczyna nie mówi. Nie dlatego, iż nie potrafi, ale dlatego, że tego nie chce. Jednak to tylko maskarada na rzecz innych ludzi. Nie chce, aby ktokolwiek się do niej zbliżał, czy też o nią troszczył. Woli trzymać ich na dystans nawet, jeżeli są członkami rodziny. Bądźmy szczerzy, kto przy zdrowych zmysłach chciałby kolegować się z taką dziewczyną. Jednak to tylko maskarada na użytek innych. Właśnie pod takimi pozorami kryje się osoba niemogąca od dwóch lat poradzić sobie z tym, co jej się przytrafiło. Co spowodowało nie tylko uszczerbek na ciele, ale i zabiło w niej wszelką chęć do walki i pogodę ducha. Jej kamuflaż ma za zadanie trzymać ludzi z daleka. Wszystko działa doskonale, ale tylko do czasu…

 

Po przeprowadzce do innego miasta naturalną koleją rzeczy jest również zmiana szkoły. To właśnie tam poznaje intrygującego chłopaka – Josha. Jest on takim samym odludkiem jak ona. Wszystko z powodu historii jego rodziny…

 

Nastya zaczyna odczuwać coraz większą pokusę poznania tego chłopaka. Pragnie poznać praktycznie każdy aspekt jego życia i chociaż początkowo Josh nie bardzo ma na to ochotę, to z czasem zaczyna sobie uświadamiać, że lubi obecność tej milczącej dziewczyny.

 

Czy ich relacje ulegną zmianie, kiedy oboje odkryją, iż przyjaźń zaczyna przeradzać się w coś więcej? Jak zareaguje Josh, kiedy odkryje sekret Nastyi?

 

Powieść zyskała nie mały rozgłos wśród polskich czytelników na długo przed swoją premierą. Z której strony by się nie otworzyło, jakiego bloga by się nie czytało. Opinia była jednogłośna…książka jest niesamowita. Zresztą, co tu dużo pisać, nawet teraz, po upływie dość długiego czasu od premiery, egzemplarze tej powieści są wprost rozchwytywane i chyba najbardziej poszukiwane.

 

Zacznijmy jednak od początku. Katja Millay ukończyła New York University’s Tisch School of Art, na kierunku produkcja filmowa oraz telewizyjna. Przez pewien czas pracowała w swoim zawodzie, jako producent telewizyjny oraz nauczycielka pisania scenariuszy. Morze spokoju jest jej debiutem pisarskim, który od razu przyniósł jej kilka prestiżowych nagród i niemały światowy rozgłos.

 

Przyznam, że z początku nie rozumiałam fenomenu tej powieści, a biorąc się za jej lekturę miałam lekkie opory i złe przeczucia, iż tego typu historia niestety nie przypadnie mi do gustu. Jakże, więc sromotną klęskę poniósł mój pesymizm w momencie, kiedy przeczytałam pierwsze zdanie, potem akapit… stronę… rozdział. Po prostu przepadłam! Można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego zaczytania. Przyznam się zazwyczaj, kiedy przeczytam daną powieść, od razu po jej odłożeniu staram się zanotować wszystkie spostrzeżenia i uwagi, jakie nasuwały mi się w trakcie lektury (często zdarza mi się to robić również po przeczytaniu niewielkiego fragmentu książki). Jednak w przypadku opowieści stworzonej przez Katję Millay takie coś zupełnie nie miało prawa bytu. To naprawdę nieprawdopodobne, co zrobiła ze mną ta książka. Mam zupełny mętlik w głowie, a moje emocje, nawet teraz, gdy upłynęło tyle czasu od chwili, kiedy zapoznałam się z ostatnimi słowami Morza spokoju, są jak najbardziej żywe i równie mocne. Dlatego wybaczcie jeżeli powstanie lekko chaotyczna opinia :P.

 

Fabuła to istny majstersztyk! Wszystko jest doskonale rozplanowane i uporządkowane. Autorka naprawdę przyłożyła się do jej tworzenia. Co do akcji… to, jeżeli ktoś liczy na przysłowiową „jazdę bez trzymanki” z jej powodu może srogo się przeliczyć. Wszystko płynie swoim własnym torem i szybkością tempa odpowiednią do poszczególnych sytuacji. Wszystko to, w połączeniu z niezwykle lekkim, prostym i jakże plastycznym językiem, jakim posługuje się Millay, tworzy naprawdę niesamowity klimat. Od książki po prostu nie sposób się oderwać nawet na chwilę.

 

Morze spokoju to powieść jak najbardziej godna polecenia. Tym, którzy już się z nią zapoznali: wiedzą, o co mi chodzi. Ci, którzy nie mieli jeszcze takiej okazji: niech jak najszybciej nadrabiają zaległości. Naprawdę warto!

Nawet wyjątkowy talent ma swoje mroczne strony

Taniec Cieni - Yelena Black

Każdy z nas kiedyś stracił ukochaną osobę i wie, że ciężko jest się z tym pogodzić, nawet wtedy, gdy znamy przyczynę jej odejścia z naszego życia. Co jednak w momencie, gdy ktoś nam bliski znika bez żadnego wyjaśnienia lub choćby pożegnania? Nie wiemy czy jeszcze żyje, czy jest chory/a, czy gdzieś się zgubiła, straciła pamięć… i wiele innych podobnych sytuacji. Najróżniejsze myśli krążą nam w głowie, co owocuje tym, że rodzą się w nas coraz to nowsze pytania pozbawione odpowiedzi. Jedynym sensownym wyjściem wydaje się sprawdzenie domniemanych wniosków na własną rękę…

 

Tak właśnie było w przypadku Vanessy, kiedy jej starsza siostra zniknęła bez śladu. Dziewczyna chce, więc odkryć, co takiego wydarzyło się w życiu Margaret, że postanowiła porzucić swoje dotychczasowe życie, rodzinę i znajomych. Aby rozpocząć swoje poszukiwania musi pogodzić się z faktem, że posiada niesłychany talent, o który nigdy nie prosiła. Tylko w taki sposób uda jej się dostać na jedną z najlepszych uczelni baletowych – Nowojorskiej Akademii Baletowej. To właśnie tak po raz ostatni widziano jej siostrę.

 

Będąc już na miejscu, dziewczyna dowiaduje się, że jej siostra nie jest jedyną, która znikła bez śladu. Co więcej, wszystkie zaginione łączyło jedno… każda z nich miała odegrać główną rolę w balecie „Ognisty ptak”. Teraz Vanessa została wytypowana do tej roli… czy pomoże jej to odnaleźć odpowiedzi, których szuka?

 

Już od pierwszych zapowiedzi miałam niebywałą chrapkę na tę powieść. Zwłaszcza, że ani okładka (naprawdę jest cudowna), ani blurb nie pomagały mi na przyporządkowanie historii Vanessy do konkretnego gatunku literackiego, co jeszcze bardziej podsycało moją ciekawość. Zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać, a już na pewno nie tego, iż wciągnę się tak bardzo. Po pierwsze, powieść czyta się lotem błyskawicy. Jest to spora zasługa lekkiego i zarazem bardzo plastycznego języka, jakim posługuje się autorka. Właśnie dzięki niemu zupełnie traci się poczucie czasu, a także przestaje zwracać uwagę na ubywające strony, ale zacznę może po kolei i od samego początku.

 

Yelena Black zakochała się w balecie jeszcze, jako dziecko, kiedy to rodzice zapisali ją do odpowiedniej szkoły. Jednak mimo ogromnej miłości do tego tańca, nie postawiła na życie profesjonalnej primabaleriny. Zamiast tego przy wyborze odpowiedniego kierunku studiów postawiła na kreatywne pisanie. Dzięki temu mamy okazję czytać jej debiutancką powieść – Taniec cieni, która jest także tomem otwierającym serię o tym samym tytule. To właśnie w tej powieści zamiłowanie do baletu i mrocznych tajemnic, zaowocowało naprawdę dobrym wstępem do dalszej kariery literackiej.

 

Na samy początku powieści dostajemy intrygujący i „podszyty” lekko mrocznym klimatem, prolog, przez który ciągnie do książki jeszcze mocniej. To przyciąganie staje się bardziej intensywne wraz z odwracanymi stronami. Szczególnie, że autorka nie szczędzi nam informacji na temat zniknięcia Margaret i tego, co dzieje się w NAB. Co za tym idzie zadanie, jakiego podjęła się protagonistka nie tylko gmatwa się jeszcze bardziej, ale staje się także coraz dziwniejsze (oczywiście, w pozytywnym znaczeniu tego słowa). To naprawdę niesamowite, jak przez 400 stronach autorka potrafi utrzymać czytelnika w skrajnej nieświadomości. Można się, co prawda domyślać poszczególnych elementów fabularnej układanki, jednak nie należy się łudzić. Black w zaledwie paru zdaniach samego zakończenia, rozbija wszelkie domysły w perzynę.

 

Fabuła jest naprawdę doskonale skonstruowana, a akcja mknie do przodu niczym pociąg pospieszny. Oczywiście nie wyklucza to nudnych postojów, ale na szczęści znikają one równie szybko jak się pojawiają. Jeżeli chodzi natomiast o bohaterów, to nie są oni ani zbyt zachwycający, ani ich kreacja nie woła o pomstę do nieba. Plasują się gdzieś po środku i jak wszystko, czy to w życiu, czy też książkach, mają swoje lepsze i gorsze momenty.

 

No dobra, były ochy i achy. Było lekkie ochłodzenie, to pora wreszcie na napisanie o tym, co mnie w powieści strasznie irytowało, niektóre z nich bardziej, inne mniej niczym mucha latająca nam koło ucha. Jednak tym, co w ¼ odbierało frajdę z zapoznawania się z debiutem Yeleny Black był fakt, że Vanessa i jej przyjaciele mają po piętnaście, góra szesnaście lat, a często gęsto zachowują się i prowadzą rozmowy z podtekstami, których nie powstydziliby się ludzie dorośli. Zupełnie tak jakby pisarka wyrzucała z pamięci ten fakt. Ja rozumiem, że dzisiejsza młodzież taka właśnie jest, ale ludzie! skoro idzie się już w bohaterów o charakterze – „mały dorosły” to nie zestawiajmy tego ze zdrobnieniami „chłopczyk” lub „dziewczynka”. Tak mówią przedszkolaki! Niestety właśnie z tego powodu wszystko, a już z całą pewnością dialogi, było sztuczne i nienaturalne.

 

Jak sami widzicie, historia ma swoje dobre i złe strony, zresztą to nic dziwnego, przecież żaden debiut nie jest nigdy idealny. Ba! Nawet często pisarze z nie małym dorobkiem, zaliczają potknięcia. Myślę, iż właśnie z tego powodu warto sięgnąć po Taniec cieni.

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2014/08/taniec-cieni-yelena-black.html

Gra się rozpoczyna…

Upadłe Anioły. Misja - J.R Ward

Jim Heron to budowlaniec, który od jakiegoś już czasu pomieszkuje w Caldwell. Razem z dwoma swoimi kumplami: Adrianem i Eddiem, pracuje na placu budowy jednej z największych i najbardziej okazałych rezydencji. Ich zleceniodawcą jest największy miejscowy magnat – Vin diPietro.

 

Nasz protagonista nie należy do zbyt towarzyskich osób, dużo bardziej woli mieć po prostu święty spokój. Toleruje jedynie towarzystwo swoich kupli. To właśnie z nimi dość często odwiedza bar zwany „Żelazną maską”. Właśnie tam poznaje pewną piękną i ponętną nieznajomą. Podpuszczony przez przyjaciół i skuszony przez kobietę, Jim spędza z nią upojne i namiętne chwile. Po wszystkim ma lekkie wyrzuty sumienia i wielkie nadzieje, że więcej się już nie spotkają. Uważa, bowiem iż taka kobieta zasługuje na coś lepszego. Niestety jego nadzieje okazują się płonne. Jego partnerka okazuje się, bowiem przyszłą narzeczoną… diPietra. Ta wiadomość komplikuje życie Herona, który w wyniku wypadku traci życie, aby ponownie je odzyskać. Z tym, że wraca już wtedy z pewną misją do wypełnienia. Na rozkaz aniołów ma pomóc pewnemu człowiekowi dokonać odpowiednich wyborów. Chodzi nie, o kogo innego, jak o samego Vina diPietro. Jeżeli misja Jima zakończy się fiaskiem, całą ludzkość czekają mroczne czasy. Zresztą to samo można powiedzieć o aniołach. Co takiego może się wydarzyć? Jaki finał będzie miała ta historia?

 

Wyżej streszczona powieść jest tomem rozpoczynającym nową serię autorki, znanej i kochanej przez miliony fanów na całym świecie za sprawą Bractwa Czarnego SztyletuJ. R. Ward. Przyznam, ze sama zaliczam się do tego licznego grona wielbicieli i z niecierpliwością, ale także i z pewną dozą niepewności, wyczekiwałam polskiej premiery Upadłych aniołów. Misji. Czy moje obawy względem tej książki okazały się słuszne? Niestety, ale w dużej mierze… tak.

 

Zupełnie nie tego się spodziewałam, kiedy rozpoczynałam lekturę. Chociaż muszę przyznać, że sam prolog wyglądał naprawdę obiecująco. Autorka nie wiele w nim zdradziła, dzięki czemu można było odczuć zaciekawienie resztą tej historii. Niestety już kolejne strony udowodniły, że wszelkie szanse na dobrą lekturę zostały zaprzepaszczone. Wszystkie opisy, czy też dialogi wyglądały sztucznie i naciąganie, a poza tym były nudne i nijakie. Do tego stopnia, że miałam ogromną ochotę od razu rzucić książkę w kąt. Jednak ze względu na sentyment do twórczości autorki, postanowiłam zagryźć zęby i brnąć dalej. Pocieszałam się myślą: nóż, widelec, coś się w końcu ruszy do przodu i lektura z tortury zmieni się, chociaż w lekką przyjemność. Na szczęście moje męki zostały złagodzone. Wystarczy dobrnąć do połowy powieści, żeby w końcu zaczęło być z górki.

 

Sama koncepcja na omawianą powieść, oraz na całą serię, jest naprawdę świetna i ma naprawdę spory potencjał. Szkoda tylko, że Ward nie przyłożyła się do dopracowania poniektórych szczegółów. Doskonałym tego przykładem jest na przykład wątek przewodni dotyczący tego, iż Jim ma pomagać ludziom w imieniu aniołów. Nie kłopoczcie się z wypatrywaniem jakiegoś sensownego wyjaśnienia zaistniałej sytuacji, ponieważ go nie znajdziecie. Pisarka potraktowała ten temat po macoszemu i podrzuciła tylko parę informacji… tak na odczepnego. Z resztą w taki sam sposób zostali potraktowani bohaterowie. Zupełnie jakby autorce nie bardzo zależało na ich dobrym wykreowaniu. Szczególnie, że byli równie nudni i nijacy jak sam początek ich opowieści. Co prawda Ward starała się nadać im, choć trochę życia i naturalności, jednak ciągłe podkreślanie ich złożoności charakterów i omawianie tajemnic z przeszłości, tylko jeszcze bardziej uwydatniało coś zupełnie odwrotnego – nienaturalność i sztuczność do bólu.

 

W sumie jedyne, co mi się w Upadłych aniołach. Misji podobało, to lekkie nawiązanie do Bractwa Czarnego Sztyletu. Dzięki temu na mojej twarzy zagościło, choć na chwilę szeroki uśmiech, ale także mogłam się lepiej zorientować w czasie, jaki autorka wybrała sobie, jako tło (dla wtajemniczonych – parę naście miesięcy po spaleniu się pewnego klubu :P).

 

Powieść może ma w sobie potencjał, jednak nawet do pięt nie dorasta poprzedniej serii, która zyskała autorce rzeszę fanów. Dlatego chciałabym, żeby moja opinia była ostrzeżeniem dla osób, które nadal wahają się czy sięgać po Upadłe anioły. Misja: lepiej pozostać przy przygodach Bractwa; to dużo lepsza i bardziej wciągająca zabawa w trakcie lektury. Chociaż, oczywiście decyzja zawsze pozostaje w Waszych rękach.

Rodzaj – nadal nieznany…

Przebudzona o świcie - C.C. Hunter

Kylie w końcu dopuściła do siebie myśl, że należy do istot nadprzyrodzonych. Teraz sen z powiek spędza jej informacja, po kim mogła odziedziczyć swój dar widzenia duchów. Jednak nawet prześledzenie przeszłości jej rodziców i dziadków, wcale niczego nie wyjaśnia. Kluczem do wszystkiego jest matka dziewczyna, jednak ona nie zbyt się kwapi, aby cokolwiek wyjaśnić córce. No i jest jeszcze oczywiście duch poległego żołnierza, który nawiedza Kylie odkąd ta pamiętam.

 

Jednak to nie jedyne problemy, z jakimi przyjdzie się zmierzyć dziewczynie. Przychodzi do niej, bowiem kolejny duch, który twierdzi, że wkrótce umrze ktoś z bliskich jej osób. Jest to jednak jedyna informacja, jaką zjawa jej udziela i powtarza, co i rusz. Nie wiadoma jest tożsamość, ani sposób, w jaki ta osoba ma stracić życie, a co za tym idzie, Kylie nie wie jak mogłaby ją uratować. Gdyby tego było mało gang niebezpiecznych wampirów rozpoczyna polowanie na dziewczynę, ale nikt nie wie, z jakiego powodu. Czy udaremnienie ostatniej ich akcji tak ich rozzłościło, iż pragną zemsty? Prawda okaże się jednak dużo gorsza.

 

Do całego tego kotła problemów dołączają jeszcze problemy sercowe. Kylie nie ma pojęcia, z kim powinna być: wilkołakiem Lucasem, czy też półelfem Derekiem. Teoretycznie wybór nie powinien być problemem, bo przecież Lucas zniknął, a wraz z nim jego była dziewczyna nadal roszcząca sobie prawo do jego osoby. Jednak nic nie jest takie proste. W końcu trzeba będzie dokonać wyboru, szczególnie, iż Derek powoli zaczyna mieć dość niepewności i zaczyna na nią naciskać.

 

Przebudzona o świcie to już drugi tom serii noszącej tytuł Wodospady Cienia. Muszę przyznać, że o ile w tomie pierwszym nie znalazłam zbyt wiele do lubienia, a i tak przepadłam w trakcie jej lektury, o tyle w tym było już z ciut lepiej z tymi na „tak”, co również pozwoliło mi dosłownie przepaść.

 

Co prawda moje odczucia względem wszystkich bohaterów nie zmieniły się nawet na jotę, ponieważ autorka niezbyt kwapiła się, aby cokolwiek zmienić w nich zmienić. Nadal są wkurzający, irytujący ponad miarę i nijacy do bólu. Na szczęście wszystko ratuje dużo ciekawsza fabuła. Tym razem widać, że autorka przyłożyła się do jej tworzenia, chociażby po tym, iż można znaleźć ciągi przyczynowo skutkowe. Wszystko doskonale się ze sobą łączy. Jednak przede wszystkim ważne jest to, że nie są to kolejne i jedyne rozprawy o kłopotach miłosnych Kylie. Tym razem dzieje się znacznie więcej. Mimo to, może i tempo akcji nie jest zbyt zawrotne, ale ma swoje lepsze momenty, które tym bardziej przykuwają czytelnika do książki.

 

Co najważniejsze. Dostajemy kolejne wskazówki, czym lub kim może stać się Kylie. Nie, nie. Autorka nie odkrywa jeszcze tych ważniejszych kart, które mogłyby zdradzić zbyt wiele, ponieważ nie byłoby wtedy frajdy z dalszego poznawania przygód i poszukiwań własnej tożsamości, przez Kylie. Jednak zaostrza „czytelniczy apetyt” na więcej.

 

Przebudzona o świcie nie jest może jedną z najlepszych kontynuacji, jakie dane było mi czytać, ale z całą pewnością jest znacznie lepsza niż Urodzona o północy. Mam nadzieję, że autorka zachowa tę tendencję zwyżkową i kolejne tomy będą jeszcze ciekawsze i lepsze. Tylko niech nie zgubi gdzieś po drodze tej „magii”, która sprawia, iż mimo mankamentów historii wprost nie można się od niej oderwać.

 

W przypadku tego tomu Wodospadów Cienia również nie mam zamiaru pisać, iż Wam go polecam czy też nie. Sami zdecydujcie.

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2014/08/przebudzona-o-swicie-c-c-hunter.html

Zawsze warto walczyć do końca

Alicja i Lustro Zombi - Gena Showalter

Zombi nie odpuszczając. Kieruje nimi jedynie głód… głód życiowej esencji ludzi. Zabójcy nie mają, więc nawet chwili spokoju. Cole i reszta nadal patrolują i tropią zombiczne kreatury, jednak Ali chwilowo nie może brać w tym udziału. Nadal dochodzi do siebie po ostatnich dramatycznych wydarzeniach. Gdy w końcu może pomóc swoim przyjaciołom, coś znowu idzie bardzo nie tak. Dziewczyna ponownie zostaje ugryziona i pomimo szybkiego podania antidotum, zaczyna się z nią dziać coś niepokojącego. Wszystko to z czasem zaczyna się objawiać w jej lustrzanych odbiciach, które… uśmiechają się do niej drwiąco. Po za tym przy każdym spotkaniu z zombiakami, Ali słyszy dziwne głosy namawiające ją do gryzienia, zabijania i niszczenia.

 

Gdyby tego było mało, do długiej listy problemów dziewczyny dochodzą jeszcze… rozterki sercowe. Cole, wcześniej tak opiekuńczy i zakochany, nagle zaczyna się od niej odsuwać nie wyjaśniając, dlaczego. Czy może mieć to coś wspólnego z pojawieniem się dwójki nowych zabójców? A może chodzi o wizje, jakie połączyły Ali z jednym z nich? Tylko czy interpretacja ich jest odpowiednia we wszystkich trzech przypadkach? Jednak najważniejsze pytanie brzmi: co planują kombinezony z Animy i dlaczego tak bardzo zależy im na schwytaniu Ali?

 

Z niecierpliwością wyczekiwałam momentu, kiedy w moje ręce trafi kontynuacja przygód Ali i Cola. Zwłaszcza, że tom pierwszy od samego początku skradł mi serce. Właśnie, dlatego gdy tylko miałam w dłoniach Alicję i lustro zombi, bez skrupułów porzuciłam wszystko inne i od razu zabrałam się za czytanie. Naprawdę starałam się dawkować sobie lekturę, aby starczyła na jak najdłużej, ale nie bardzo mi to wychodziło. Zresztą jak zawsze, gdy chodzi o dalsze części serii bądź trylogii, które znalazły się na mojej liście tych naj… naj. Właśnie z tego powodu nie powinno mnie dziwić, że jak tylko rozpoczęłam powieść, tak nie odłożyłam jej dopóki nie dotarłam do ostatniej kropki. Musze powiedzieć… O mamuniu! Ten tom jeszcze bardziej uzależnił mnie od przygód Ali, Cola i ich znajomych. Najgorsze, że teraz czekają mnie ponowne katusze w oczekiwaniu na trzecią część Kronik Białego Królika, która na razie nie jest jeszcze nawet wydana w Stanach Zjednoczonych.

 

Język, jakim posługuje się Showalter jest prosty i nad wyraz plastyczny. Dzięki temu dużo lepiej można wczuć się we wszystkie wydarzenia, w jakich bierze udział protagonistka, oraz z taką samą intensywnością odczuwać wszelkie targające nią emocje. Najlepiej widać to wszystko na przykładzie jej relacji z Colem, gdzie hormonalną chemię i wzajemne przeciąganie można by było dosłownie kroić nożem. Właśnie za tą intensywność, uwielbiam tę parę (no dobra, dużo bardziej lubię męski pierwiastek tego związku :P, ale przecież to normalne, w końcu jestem kobietą), chociaż muszę przyznać, że pomimo tego, w kilku momentach miałam ogromną ochotę zdzielić jedno i drugie przed głowę trzymaną w rękach książką.

 

Fabuła jest naprawdę doskonale przemyślana. Autorka nie skupia się wyłącznie na uczuciowym aspekcie całej historii. Na przykładzie walki Ali ze zmianami, jakie zaczynają w niej zachodzić pokazuje, iż każdy człowiek nie jest tylko dobry lub zły. Oba te „pierwiastki” często równoważą się i dochodzą do głosu w zależności od sytuacja, w jakiej się znajdujemy. Ukazuje jak ważna jest przyjaźń i wsparcie bliskich w najcięższych chwilach naszego życia.

 

Mimo tych zachwytów, jest jedno "ale" które z początku tak bardzo mnie zirytowało, że miałam ochotę odłożyć powieść na półkę i dać sobie z nią spokój. Na szczęście moja ciekawość mi na to nie pozwoliła, z czego teraz bardzo się cieszę. Ale, ale… miałam napisać, co mnie tak zirytowało. Chodzi oczywiście o zastosowanie przez Genę Showalter, jednego z najbardziej oklepanych motywów, jaki może istnieć i nie mam tu wcale na myśli trójkąta miłosnego. Chodzi o tak zwane (a przynajmniej ja tak to określam) odrzucenie dla dobra drugiej osoby. Jak ja tego nie znoszę! Na szczęście ta niedogodność została całkowicie zrekompensowana.

 

Alicja i lustro zombi to naprawdę doskonała, a może i nawet jeszcze lepsza kontynuacja, jaką można by było sobie wymarzyć. Jest w niej wszystko, co zachwyca oraz przyciąga. Gorąco polecam osobom znającym tom pierwszym a Tym, którzy przygodę z początkiem Kronik Białego Królika mają dopiero przed sobą, równie mocno zachęcam do jak najszybszego nadrobienia zaległości. Warto!

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2014/07/alicja-i-lustro-zombi-gena-showalter.html

Ludzka głupota nie zna granic…?

Morderstwo wron - Anne Bishop

Zaufanie to dość krucha i ulotna „rzecz”. Naprawdę bardzo szybko można je stracić, chociaż zyskanie go wcale nie było łatwe. Oczywiście można starać się, aby je odzyskać, jednak wtedy należy nastawić się na jeszcze cięższą „pracę” niż przy początkowym zyskiwaniu go.

 

Meg Corbyn nie musi się tym już martwić. Zyskała pełne zaufanie terra indigena żyjących na Dziedzińcu w Leakside. Ba! Należałoby powiedzieć więcej, stała się praktycznie nieodłączną ich częścią, a każdy rodzaj tych niebezpiecznych stworzeń, czuł nieprzemożoną potrzebę chronienia swojej cassandra sangui. Szczególnie po ostatnich wydarzeniach, w których Meg mogła stracić życie.

 

Mieszkańcy Dziedzińca obchodzą się z nią jak najdelikatniej z powodu nadwrażliwość jej skory, bowiem nawet najmniejsza ranka, z jakiej pojawi się krew, wywołuje niechciane wizje. Kobieta stara się walczyć z przemożoną chęcią cięcia i do tej pory jakoś udawało się jej utrzymać to pragnienie w ryzach. Jednak ostatnio stało się ono dużo silniejsze, a nawet wręcz nie do wytrzymania. Może mieć to związek z tym, że zaczęło być głośno o nietypowych atakach agresji wśród ludzi, a skierowanych przeciwko Innym należącym do Wroniej Straży. Nie wróży to niczym dobrym, a już na pewno nie dla ludzi, którzy dla terra indigena stanowią tylko zwierzynę. Jaki związek jest pomiędzy tymi wydarzeniami, a kompleksami, w których przetrzymuje się wieszczki krwi? W którym kierunku rozwinie się konflikt pomiędzy Innymi, a społeczeństwem?

 

Morderstwo wron to już drugi tom serii Inni, która wyszła spod palcy niesamowitej, amerykańskiej pisaki – Anne Bishop. Autorki mającej ogromne rzesze fanów na całym świecie… ja oczywiście również się do nich zaliczam…, którzy z nie małą niecierpliwością wyczekują każdej kolejnej historii, jakimi ta utalentowana kobieta chce ich raczyć. Trzeba przyznać, że wraz z każdą kolejną powieścią Bishop niezmiennie udowadnia, że nie brak jej ani pomysłów, ani talentu pisarskiego, aby wszystko to zebrać w jedną, wciągającą i spójną całość.

 

Od samego początku zostajemy wciągnięci w sam środek wydarzeń. Pisarka nawet na chwilę nie daje nam odsapnąć, sukcesywnie podnosi napięcie wraz z każdym kolejnym problemem, z jakim muszą zmierzyć się bohaterowie. Trzeba przyznać, że niektóre z zaproponowanych rozwiązań naprawdę zaskakują. Szczególnie, iż pierwsze wrażenie kieruje naszą wyobraźnię w zupełnie inne rejony. Doskonale widać to na przykładzie „związku” Meg i Simona Wilczej Straży. To, co autorka wyprawia ze swoimi fanami za sprawą tego wątku, ma tylko jedno określenie… literacki sadyzm. Naprawdę nastawiałam się na dużo szybszy rozwój sytuacji, a tu taki psikus. Bishop maksymalnie przeciąga te wydarzenia, ale wcale nie sprawia to, że temat uczucia rodzącego pomiędzy tą dwójką, staje się nudny. Jest wręcz przeciwnie, wszystko staje się coraz ciekawsze, a komiczne sytuacje, jakie z tego chwilami wynikają – bawią do łez.

 

Naprawdę jeszcze wiele ochów i achów mogłabym Wam na wypisywać o tej powieści, ale mogłoby to wyjść ciut nie składnie. Ciężko jest mi to ubrać w odpowiednie słowa, które oddałyby, chociaż w części, to jak bardzo uwielbiam zarówno tę historię jak i samą autorkę (mam nadzieję, że stworzy jeszcze wiele tak wspaniałych powieści :P). Chociaż w sumie, tak jak teraz o tym myślę, to jest jedna rzecz, jaką mogę zarzucić Morderstwu wron… jest zdecydowanie za krótka, sama nie wiem, kiedy dotarłam do ostatniej strony, no i trochę przyjdzie mi poczekać na jej kontynuację.

 

Fanów autorki raczej nie muszę przekonywać, bo z pewnością po nią sięgną. Jednak osobom, które nadal się wahają, bądź jeszcze nie rozważali tej decyzji… gorąco polecam zarówno tę serię jak i pozostałe powieści autorki. Naprawdę warto!

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2014/07/morderstwo-wron-anne-bishop.html