353 Obserwatorzy
5 Obserwuję
Tala

Ogrody wyobraźni

„W głąb zombicznej nory”

Alicja w krainie zombie - Gena Showalter

Czy pamiętacie Alicję, dziewczynkę która podążyła za białym królikiem w głąb jego nory aby przedostać się do krainy czarów? Co by się jednak stało gdyby taka kraina nie istniała? Gdyby królik był zwykłą białą chmurką na niebie, która ma być ostrzeżeniem? Przed czym? Przed zombi…

 

Niektórzy czytelnicy pewnie kojarzą nazwisko Geny Showalter z powodu jej serii Władcy Podziemi, która ukazuje się nakładem wydawnictwa Mira. Swoją drogą szkoda, że kolejne tomy wydawane są już jedynie w formie e-booków. Wracając jednak do tematu. Tym razem nie chcę pisać o kolejnej części wyżej wspominanego cyklu, a o najnowszej powieści autorki – Alicji w krainie zombie. Jak łatwo domyślić się już po samym tytule Gena Showalter zbudowała całą swoją historię bazując na baśni. Co z tego wynikło? Przekonajcie się. Dodam jeszcze tylko, że książka otwiera serię Kroniki Białego Królika.

 

W jednej chwili życie Alicji Bell dosłownie wali się w posadach. W wypadku samochodowym ginie cała jej rodzina, ale nie to jest najgorsze. Z powodu uraz w dziewczynie odblokowuje się dar lub przekleństwo, które pozwala widzieć jej potwory nie z tego świata. Dziewczyna szybko zdaje sobie sprawę, że jej ojciec jednak miał racje, a ona przez całe życie uważała go za psychicznie chorego. Przygarnięta przez dziadków ze strony matki musi zmienić szkołę. Jednak nie przypuszczała, że będzie się to również wiązało ze zmianą całego jej dotychczasowego życia. Wszystko za sprawą Cole’a…

 

Wiem, że mój skrócony opis fabuły brzmi jak kolejna banalna powieść dla nastolatków z gatunku paranormal romance, ale wierzcie mi wcale tak nie jest. Dlaczego więc takie streszczenie? Ano dlatego, aby nie zdradzić zbyt wiele czym mogłabym odebrać Wam frajdę z czytania. A tego naprawdę nie chcę, bo Alicja w krainie zombi to książka którą powinno się przeczytać i zaraz spróbuję do tego jak najmocniej zachęcić.

 

Już wcześniej miałam przyjemność zapoznać się z twórczością Geny Showalter, dlatego byłam bardzo ciekawa, jak pisarka, która do tej pory tworzyła głównie powieści dla dorosłych gdzie watki fantastyczne mocno przeplatały się z erotycznymi, poradzi sobie w historii kierowanej do młodzieży. Jednak pierwsze co mnie zaskoczyło po ujrzeniu książki, to jej… rozmiary. Oczekiwałam czegoś bardziej podobnego objętościowo do Mrocznego szeptu, a otrzymałam cegiełkę dość pokaźnych rozmiarów. Trzeba Wam wiedzieć, że uwielbiam takie książki, więc już tym powieść solidnie zapunktowała. Kolejny plus to wspaniała okładka. Cieszę się, że wydawnictwo postanowiło zachować  oryginał, ponieważ doskonale odzwierciedla całą treść jaka się pod nią ukrywa. (Mam nadzieję, że tak samo postąpią z drugą częścią.)

 

Przyznam, że już w trakcie czytania poszczególnych tomów Władców Podziemi styl jakim posługuje się autorka w swoich historiach naprawdę przypadł mi do gustu. Ale w przypadku tej książki, po prostu przepadłam. Właśnie na podstawie Alicji w krainie zombie widać jak Showalter rozwinęła się jako pisarka. To z jaką mocą oddaje wszelkie emocje używając jedynie słów jest naprawdę zaskakujące.

 

Historia zaczynała się dość niepozornie, ale wraz z rozwojem akcji i fabuły moje odczucia ulegały całkowitej zmianie (od ciekawości po obezwładniający zachwyt). Autora w bardzo subtelny sposób odsłania przed nami kolejne warstwy prawdziwego oblicza tej historii. Pisarka doskonale wie jak rozplanować fabułę tak, aby nie zdradzić zbyt wiele ale także i nie zanudzić czytelnika. Jednak nie tylko na tym polu wykazuje się niebywałym wyczuciem i sprytem. Wie jak usidlić czytelnika, tak aby nie zdawał sobie z tego sprawy. Gdy jednak to następuje, jest już za późno a wypuszczenie książki z ręki jest praktycznie niemożliwe. Można również spokojnie powiedzieć, że ma niezwykły dar łączenia w całość czegoś co zupełnie do siebie nie pasuje. Chodzi mi w tym przypadku o połączenie wątków zaczerpniętych z powieści grozy, romansu oraz fantasy, które pod jej palcami śmiagjącym po klawiaturze, łączą się ze sobą w spójną i klarowną całość. Wiem, że z mojego skrótu fabularnego na spokojnie można wywnioskować, że więcej jest w tym wszystkim miłości niż czegoś innego, ale to nie prawda. Alicja w krainie zombi to nie kolejne ckliwe romansidło, gdzie niezdarna nastolatka czeka aż książę z bajki przybędzie jej na ratunek. Nic z tych rzeczy.

 

Nie znajdziemy tu żadnego słabego ogniwa ukrytego pod postaciami bohaterów. Jak na dłoni widać, że autorka naprawdę przyłożyła się do konstrukcji ich charakterów oraz powierzchowności. Doskonałym przykładem jest tutaj Alicja, która pomimo załamania po śmierci bliskich potrafiła czerpać z tego siłę i determinację aby osiągnąć postawione przed sobą cele. A już na pewno nie można powiedzieć, aby czekała cierpliwie aż ktoś „odwali” za nią robotę. W przypadku tej dziewczyny wszystko jest na odwrót, nie potrafi powstrzymać się od działania. Nawet jeżeli są to rozkazy Cole’a, którym powoduje chęć chronienia jej. No właśnie… w tym momencie przechodzimy do postaci, która całkowicie i niezaprzeczalnie podbiła moje serce. Mowa oczywiście o Cole’u Hollandzie. Jakże ja uwielbiam złych chłopców (nie tylko w powieściach, ale także i w życiu :P) szczególnie, że często okazuje się iż pod tą mroczną aparycją kryje się naprawdę fajny, czuły i opiekuńczy facet. Sceny z udziałem jego i Ali zapewniały, że na pewno nie oderwę się od książki dopóki nie przeczytam zakończenia. Nie raz nie dwa wywoływały na mojej twarzy uśmiech, szczególnie w ich dialogach. Jednak (szczególnie pod koniec) potrafili również pobudzić zmysły, może nie tak jak niektóre książki dla dorosłych które wyszły spod klawiatury Showalter, ale na pewno sprawiały, że serce zaczynało bić mi znacznie szybciej (dosłownie jak u nastolatki, którą już sporo lat nie jestem). Wszystko, dlatego że, chociaż autorka napisała powieść kierowaną do młodzieży, to lekko ubarwiła ją również erotyką i nie chodzi mi tu wcale o sceny łóżkowe. Gena nasyciła nią bowiem uczucie jakie zaczęło iskrzyć pomiędzy Colem a Ali.

 

Za kolejny atut powieści można uznać koncepcję zombiaków jakimi uraczyła nas pisarka. W literaturze istnienie naprawdę sporo „odmian” tego gatunku potworów, ale jeszcze nigdy nie spotkałam się ze stwierdzeniem, że zombi to skażone duchy. To kolejny kawał dobrej roboty jakim Showalter może się poszczycić. Nie tylko powołał je do życia, ale dorobiła do tego całą ideologię – jak powstały; po co; jak z nimi walczyć oraz kto może je widzieć i dlaczego.  Jedyne co upodabnia je do pobratymców z innych powieści grozy, to zapach rozkładu jaki towarzyszy ich pojawieniu się.

 

Jeżeli chodzi o akcję to chociaż pozornie jest ona dość spokojna, to nie powinno Was to zwieść. Pisarka potrafi bowiem nieźle zaskoczyć nagłymi zwrotami i to w najmniej spodziewanym momencie. Ale to jest w tym wszystkim właśnie najlepsze. Nigdy nie można być niczego pewnym, ale już po pierwszych kilku razach wiadomo, że wraz z każdą taką niespodzianką dosłownie ścierpnie nam skóra, a włosy nie raz staną dęba.

 

Podsumowując. Mam wrażenie, że moja recenzja wyszła dość chaotycznie, ale to i tak najlepsza z jej wersji. Ciężko jest mi ubrać w słowa wszystkie te emocje, które towarzyszyły mi w trakcie czytania Alicji w krainie zombi. Nawet robienie notatek nie pomogło. Historia stworzona przez Genę Showalter całkowicie zdobyła moje serce i to do tego stopnia, że nie tylko po przeczytaniu ostatniego zdania, miałam ochotę rozpocząć lekturę od początku, ale także doprowadziła do tego, iż odrodziła się we mnie wściekłość na durne zrządzenie losu. Jakie? Takie, że nie mam pod ręką kolejnego tomu aby kontynuować przygodę z pogromcami zombie.

Źródło materiału: http://ogrodpelenksiazek.blogspot.com/2013/09/alicja-w-krainie-zombi-gena-showalter.html